Katolicki Uniwersytet Lubelski Jana Pawła II / Źródło: KUL/Facebook
Nauka

Edukacja o nowych technologiach – wnioski z debaty eksperckiej

Wszyscy chcemy, żeby było „dobrze” – wszyscy chcą, żeby kraj się bogacił, ludzie byli mądrzy, zdrowi, szczęśliwi. No dobrze, ale pytanie JAK do tego doprowadzić? Niestety badania poziomu wiedzy społeczeństw często kończą się zaskoczeniem („jak to, dwanaście lat publicznej edukacji, a Ty nie wiesz, że [tu wstaw cokolwiek]?!”) lub obwinianiem systemu edukacji. Przyjrzyjmy się tematowi ciut głębiej.

Dziewiątego grudnia miałem przyjemność prowadzić razem z dr hab. Urszulą Soler panel ekspercki poświęcony edukacji na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim w ramach spotkania „Bądźmy w zasięgu – uczmy od podstaw”. Dużo dyskusji krążyło wokół sprawy dość fundamentalnej, jaką jest pytanie o źródła wiedzy naszej, obywateli. Jak to się dzieje, że na czymś się znamy, a czegoś nie rozumiemy? Na ile proces transferu wiedzy do społeczeństwa jest przypadkowy, samorzutny, na ile systemowo zorganizowany, jakie siły ten proces stymulują, a jakie w nim przeszkadzają (celowo lub niechcący)?

W rozmowie o poziomie wiedzy społeczeństwa związanej z tematami naukowo-technologicznymi na pierwszy plan w większości narracji wyłaniają się utyskiwania pod adresem systemu edukacji. Warto jednak nadmienić, że w tym systemie funkcjonują nauczyciele, którzy mogą zapewnić rzetelną edukację – co robimy, aby mieli oni odpowiedni poziom wiedzy i kompetencji o nowoczesnych technologiach? Ponadto, obecnie w szkołach jest około 4 milionów uczniów, więc nawet gdybyśmy mieli czarodziejską moc uzyskania 100% skuteczności edukacji, to skupianie się wyłącznie na edukacji sprawia, że dziś otrzymujemy około 10% społeczeństwa przekonanego do sprawy. Co z pozostałą większością(!) i to większością posiadającą prawa wyborcze i możliwość działania? Powtarzamy zabieg z czarodziejską różdżką przez 60 lat, aż obecne przedszkolaki pójdą na emeryturę i dopiero mamy 100% społeczeństwa ogarnięte (i pomijamy fakt, że przez ten czas ta wiedza się zdezaktualizuje)?

Sprawa nauczycieli

Do znudzenia trzeba powtarzać, że cała edukacja rozbija się o nauczycieli. To są ludzie na pierwszej linii frontu, to jest twarz naszego państwa, gdy przychodzi do systemowej edukacji. Ministrowie mogą przecinać wstęgi, uruchamiać miliardowe programy, można likwidować i tworzyć placówki, zmieniać podstawę programową – ale koniec końców i tak mamy nauczyciela stojącego przed swoją klasą. Zresztą przed klasą, która kompletnie nie wie ani czym jest „podstawa programowa”, ani jakie akty regulują prawo oświatowe, oni widzą – niezależnie od systemu i aktualnej władzy – po prostu nauczyciela przed sobą.

Debata „Bądźmy w zasięgu, uczmy od postaw” / Źródło: Katolicki Uniwersytet Lubelski Jana Pawła II/Youtube
Debata „Bądźmy w zasięgu, uczmy od postaw” / Źródło: Katolicki Uniwersytet Lubelski Jana Pawła II/Youtube

Skoro chcemy, aby przyszłe pokolenia rozumiały nowoczesne technologie, które zresztą otaczają ich z każdej strony, to w jaki sposób dbamy o poziom wiedzy nauczycieli o tychże technologiach? Przecież jeśli ktoś ma powiedzmy 40 lat, to znaczy, że na studiach był z grubsza 20 lat temu, czyli w czasach, gdy jeszcze nie istniał YouTube, Facebook ani smartfony. Jasne, że skoro każdy z nas z tych technologii korzysta, to znaczy więc, że je zna? Niestety, po pierwsze wcale nie każdy (np. mamy też nauczycieli 50+ i 60+), po drugie nie każdy kierowca może być instruktorem nauki jazdy… Co „system” ma do zaoferowania nauczycielom? Mówiąc krótko, niewiele.

Nauczyciele dokształcają się we własnym zakresie. Ci ciekawi świata pasjonaci oczywiście nie tylko są na bieżąco, ale też mają pomysły jak wiedzę o tych tematach ciekawie przekazywać – bo uczenie to nie sama treść, ale przede wszystkim sposób jej przekazania. Z tymi mniej ciekawymi dochodzi do kuriozalnych sytuacji, jak opisywane w mediach na jesieni wpisanie przez nauczycielkę uczniowi uwagi przy nauczaniu zdalnym, bo napisał „obraźliwie” znaczek małpy przed nazwiskiem nauczycielki…

To, co dostają nauczyciele, to z jednej strony sprzęt, a z drugiej rzeczoną podstawę programową. Tyle, że w niej są zapisy wyłącznie bardzo ogólne, np. na fizyce pojawia się w klasie ósmej „widmo fal elektromagnetycznych”, ale już nie informacja o tym jak działa sieć komórkowa. Ani w podstawie fizyki, ani techniki, nie ma informacji czemu sieć komórkowa jest komórkowa, ani co to są stacje bazowe czy samo 5G. Na biologii nie dowiemy się jaki wpływ mają na nas fale elektromagnetyczne. Wypuszczamy uczniów jako białe tablice, które zapisane zostaną przez „autorytety” z Internetu. Chyba, że mamy nauczyciela-pasjonata, który wykorzysta nowoczesne narzędzia w sensownym celu. Niestety, dobra edukacja zakłada oparcie się na tej losowości trafienia na super nauczyciela, który nie będzie się trzymał oderwanej od rzeczywistości podstawy programowej.  Fajnie, że są Laboratoria Przyszłości, tylko kto będzie w nich uczył?

Life long learning

Zostawiając te około 10% społeczeństwa bez praw wyborczych – pytanie co mamy do zaoferowania reszcie? Oczywiście pomijam tu marginalną grupę studentów kierunków technicznych, którzy sami stają się specjalistami. Z jednej strony zostają nam nasze indywidualne źródła wiedzy (rodzina? przyjaciele? telewizja? internet? książki?), a z drugiej przy nowym temacie przyda się dobry materiał źródłowy. I teraz czas postawić pytanie kto za poziom wiedzy społeczeństwa ma odpowiadać – czy sam obywatel-użytkownik czy ministerstwo nadzorujące daną działalność czy komercyjny podmiot, jak w tym wypadku operatorzy sieci teleinformatycznej. To pytanie, które analogicznie zadawaliśmy sobie w trakcie pandemii (producent szczepionek powinien tłumaczyć pacjentom czym jest technologia szczepionek mRNA, skoro ją dostarcza, czy Ministerstwo Zdrowia, skoro koordynuje system szczepień ochronnych, czy obywatel powinien sam się dokształcić, bo to jemu zależy na przeżyciu?) i możemy zadawać je w innych tematach (o energetyce jądrowej ma nas edukować ministerstwo odpowiedzialne za jej budowę i nadzór nad jej pracą czy firma Polskie Elektrownie Jądrowe Sp. z o.o. lub zagraniczne firmy, które dostarczą technologię, czy każdy sam ma poczytać co ma pod ręką?).

Debata „Bądźmy w zasięgu, uczmy od postaw” / Źródło: Katolicki Uniwersytet Lubelski Jana Pawła II/Youtube
Debata „Bądźmy w zasięgu, uczmy od postaw” / Źródło: Katolicki Uniwersytet Lubelski Jana Pawła II/Youtube

Osobiście uważam, że opcja, żeby obywatel „kształcił się sam”, jest oddaniem walkowerem pola walki rosyjskim trollom oraz rodzimym oszustom, ewentualnie demagogicznym politykom. Oczywiście strony zachęcające nas do „samodzielnego myślenia” będą pieściły nas komplementami o naszej intelektualnej omnipotencji do przejrzenia na wylot każdego tematu (w tym uzyskania dostępu do tajnych danych wywiadowczych z YouTube :p), ale w rzeczywistości „my-społeczeństwo” po prostu nie mamy ani czasu ani kompetencji, żeby zupełnie samodzielnie wyrabiać sobie w trudnym procesie analitycznym zdanie na absolutnie każdy temat. Zwyczajnie potrzebujemy czasem wsparcia, na przykład w postaci instytucji publicznej cieszącej się zaufaniem, która dostarczy nam rzetelnych informacji. Wskazuję tu na instytucje publiczne, a nie na podmioty komercyjne, bo zbyt łatwo zarzucić im działanie we własnym interesie (nawet, jeśli w rzeczywistości to się nie dzieje i po prostu prowadzą rzetelną kampanię informacyjną). Krótko mówiąc, najważniejszą rolę mają do odegrania niezależne instytucje i organizacje pozarządowe – jednak, aby mogły działać, potrzebują rządowego lub korporacyjnego wsparcia finansowego.

Teraz czas na autoreklamę! W tym kontekście takie blogi, jak Na Fali Nauki, są bardzo cenne, dostarczając rzetelną wiedzę tym, którzy jej poszukują. Również takie działania jak opracowanie „białej księgi”, czyli publikacji Ministerstwa Cyfryzacji na temat pól elektromagnetycznych, to doskonałe działanie prowadzące do uwspólnienia aktualnej wiedzy dotyczącej danej tematyki, pochodzącej z różnych obszarów. Ale to wciąż mało, aby dotrzeć do większości społeczeństwa. Potrzebujemy kultury otwartej debaty publicznej oraz kampanii edukacyjnych prowadzonych przez instytucje zaufania publicznego – z daleka od polityków. Potrzebujemy zarówno „Science Debate”, jak i inżyniera jako jednego z bohaterów „M Jak Miłość”, który wzbudzając nasze zaufanie będzie z ekranu telewizora mówił prostym językiem o ważnych sprawach.

PS. Wątek pominięty: wysiłki popularnonaukowe nie mają efektu mnożnikowego, pikniki i festiwale są lokalne, doraźne i skierowane do już zainteresowanych – stąd większy nacisk powinien być kładziony na „train the trainers”, np. właśnie na wspieranie nauczycieli i dziennikarzy.